Gry

Kill the Game #3 – W co gracie?

Wrzesień stanął u mnie pod znakiem powrotów, nadrabiania zaległości oraz kontynuowania platynowej passy. Były też obfite zakupy, a grono konsolowej rodzinki powiększyło się o nowego człon(k)a! W dalszym ciągu pilnuję kinowych postanowień i wybieram się systematycznie na kolejne interesujące mnie seanse. Nie zapominam o oglądaniu w domowym zaciszu, więc i tutaj znalazło się sporo treści, z którą pragnę się przed Wami rozliczyć. Jest tego sporo, więc nie ma sensu przedłużać – lecimy.

Catherine: Full Body, czyli definitywna edycja jednej z najjaśniejszych pereł w koronie PS3. Trzeba przyznać, że jak Atlus zabiera się za reedycję to robi to zazwyczaj z pełną pompą. Nie inaczej jest w tym wypadku. Ilość nowej treści zrobiła na mnie sporo wrażenia – mnóstwo dodatkowych scenek, retrospekcje, świeże przerywniki filmowe, cała ścieżka z Rin – czyli kolejną potencjalną wybranką serca. Nowe zakończenia, opcja gry sieciowej i parę innych nowości! Jak udoskonalić ideał? Właśnie w ten sposób.

Nie zamierzam rzetelnie pisać o Catherine. Jestem psychofanem i nie będę się z tym krył. Uwielbiam to nietypowe połączenie romansu, horroru i gry logicznej z bogatą, filmową narracją. 32 letni Vincent Brooks to jeden z najbardziej realnych i najfajniejszych bohaterów, jakich poznałem w grach – może dlatego, że wyjątkowo łatwo można się z nim utożsamiać. Facet żyje po swojemu i nie potrzebuje zmian, ale te zostają wymuszone, gdy wieloletnia partnerka pragnie wynieść ich wspólną relację na wyższy poziom. Zaczynają się rozmowy o małżeństwie, a także pojawia się temat ciąży. Jeśli widmo niezaplanowanego ojcostwa nigdy nie wzbudziło w Was paraliżującego strachu, to pozostaje mi tylko pozazdrościć, że nie znaleźliście się w takiej sytuacji.

Catherine porusza wiele ciekawych, ciężkich, ale i ważnych tematów. Głównie z tematyki miłości, bo i ta ma wyjątkowo wiele oblicz, a także stanowi niesamowicie skomplikowany ludzki mechanizm. Nie brakuje też traum z dzieciństwa oraz istoty zdrady, która przez większość gry stanowi silnie zaznaczony element fabuły. W świecie Catherine mężczyźni dopuszczający się zdrady (w zasadzie nie tylko, ale nie zamierzam zdradzać szczegółów) zostają przeklęci i trafiają w objęcia koszmaru. Śmierć w trakcie snu sprawia, że osoba umiera również w prawdziwym życiu. Zestresowany Vincent pada ofiarą kolejnych cyklów przerażających snów będących często manifestacją jego grzechów, obaw i wyrzutów sumienia. Początkowo stara się po prostu przeżyć, by w ostateczności odnaleźć w nich szansę na odkupienie win, a także drogę na ułożenie życia, w którym się mocno pogubił.

W Catherine cenie wiele elementów. Najbardziej podoba mi się oczywiście historia i etapy, gdzie przesiadujemy w barze Stray Sheep. Tutaj po prostu rozmawiamy ze swoimi przyjaciółmi i poznajemy nowych ludzi, słuchać historii ich życia, co pozwala rozwiązać trapiące ich problemy. Całość urzeka estetyką – świetną kompozycją warstwy wizualnej z muzyką. Catherine stanowi często istną ucztę dla zmysłów. Mógłbym godzinami przesiadywać w wirtualnym barze, słuchając genialniej ścieżki dźwiękowej i czytać alkoholowe anegdotki dotyczące różnego rodzajów trunku – Catherine bawi i uczy! Jest to zresztą bardzo inteligentna produkcja, która oferuje masę ciekawych cytatów i poszerza horyzonty odnośnie paru kwestii w ludzkich relacjach. Obecnie kończę ścieżkę Rin i jestem niesamowicie zadowolony z wysiłku, jaki włożono w udoskonalenie tej pozycji. Moja ulubiona gra okazała się niczym wino i z wiekiem stała się jeszcze lepsza, bogatsza, a także nabrała dodatkowych wartości organoleptycznych!

Astral Chain, czyli najmłodsze dziecko mojego ulubionego studia, które kolejny raz sprzedało mi konsolę Nintendo! Po początkowych zachwytach i zachłyśnięciu się paroma aspektami tego tytułu przyszedł czas zmęczenia. Przez 10 godzin w grze nie wydarzyło się w zasadzie nic godnego uwagi. Przechodzę wyjątkowo nijaki i mierny wątek główny, dla którego alternatywą pozostają fetch questy rodem z czasów PS2. Walczy się przyjemnie, gra wygląda miejscami spektakularnie, mechanika Legionów jest naprawdę super i przemyślana zdecydowanie lepiej niż chowańce V z DMC V. Brak mi jednak jakiejkolwiek motywacji, aby pchać to dalej. Obecnie wolałbym raczej wrócić do kolejnego przechodzenia przygód Dantego i spółki aniżeli kończyć Astral Chain. Jest spoko, ale bez szału.

I tak przez PlatinumGames moje handheldy przywitały nowego pobratymca

Soul Calibur VI, Yakuza 6: The Song of Life i Call of Cthulhu – platynowy hattrick. Do Soul Calibura wróciłem po niespełna rocznej przerwie spowodowanej prostym faktem, że… ta odsłona błyskawicznie przestała wzbudzać we mnie początkową ekscytację. Przede wszystkim brakuje mi stałych sparing partnerów, a obijanie botów w bijatyce to dla mnie patologia w najczystszej postaci porównywalna z drukowaniem okładek cyfrowych gier.

Wbrew pozorom najnowszy Soul Calibur to całkiem miły powrót serii, który robi kilka rzeczy naprawdę „dobrze”. Walczy się przyjemnie, jest szybko i efekciarsko, ale jednocześnie brak mi motywacji do siedzenia w treningu. Bez ogarnięcia porządnie systemu i jakiejkolwiek postaci pojedynki nie sprawiają mi aż takiej radości, by siedzieć przed konsolą całe dnie (jak w przypadku Tekkena 7, czy Dragon Ball FighterZ). Gościnny występ 2B, czyli mojej ulubionej bohaterki powołanej do życia i egzystencjalnego kryzysu na potrzeby najlepszej gry generacji? Jezu, spełnienie najskrytszych marzeń! Mimo wszystko – nie gram, nie umiem, to problem ze mną, a nie z grą! No cóż, okłamuję się, że jeszcze siądę do tej bijatyki jak należy.

*do tego edytor jest wyjątkowo biedny (a w poprzednich odsłonach spędzałem z nim po kilkadziesiąt godzin!)

O Yakuzie 6 krótko, bo krótko – platyna to kpina, jak na standardy serii. Wbicie jej to czysta formalność i radocha. Dlaczego zwlekałem z nią prawie półtora roku? Cóż, inne gry do recenzji, do kolekcji dochodziły nowe pozycje i dziadek Kiryu musiał odczekać aż znów się z nim spotkam. Spotkanie było jednak iście emocjonalne! Powrót do tej gry był mi CHOLERNIE potrzeby, jezu! Jak ja uwielbiam biegać po Onomichi i Kamurocho na Dragon Engine. Walki to czysta poezja! Obijanie mord zaczepiających nas dryblasów jest niesamowicie satysfakcjonujące. Nie ma to jak posłać śmiertelną piąchopirynę, na którą kamera robi gwałtowne zbliżenie. Twarz przeciwnika wygina się w przerysowanym grymasie bólu, a po chwili jego bezwładne i zwiotczałe truchło przelatuje cztery metry – MOC. Misje poboczne to standardowo wizytówka cyklu. Absurdalne poczucie humoru i wiecznie poważny Kiryu, którego reakcje rozbrajają same w sobie. Wspaniała produkcja, która choć delikatnie rozczarowała mnie, jako pożegnanie jednego z ulubionych bohaterów, to jednak dalej ma specjalne miejsce w sercu i należy do grona ulubionych pozycji ogranych przeze mnie na PS4. Polecam, brać, grać i śpiewać karaoke!

Ten rok stanie pod znakiem horrorów (i DMC V!). Udało mi się wrócić i przejść ponownie obrzydliwe Outlast 2, a także zaliczyć z siódmy raz Silent Hill: Shattered Memories. Nadrobiłem cudowne The Evil Within 2 (doczeka się osobnego wpisu) oraz świetne dodatki z pierwszej części. Poznałem Resident Evil 7 w VR i przeszedłem Resident Evil 2 Remake. Zaliczyłem niezależne Uncanny Valley, a także przeszedłem tragiczne Dying Reborn w wersji zwykłej i VR (Jezu, jakie to kurwa złe! i niemiłosiernie głupie). Niemal się zamęczyłem kończąc kilkukrotnie Master Reboot. Ukończyłem także quasi horrorowe A Plague Tale: Innocence i Vampyr. Odezwały się we mnie masochistyczne zapędy, gdy przechodziłem koszmarne NightCry. Poznałem średnie Black Mirror, a także zaliczyłem wycieczkę w przeszłość za sprawą Back in 1995, które stanowiło dosyć przyjemny ukłon w stronę pierwszego Silent Hill. Wycisnąłem też ostatnie soki z Call of Cthulhu, o którym się nieco szerzej rozpiszę – reszta doczeka się być może zbiorowej notki.

Call of Cthulhu, czyli gra, którą lubię określać syndromem Vampyra. Ba! Nawet główny bohater przemawia głosem Anthony’ego Howella i moduluje identycznie barwę głosu, jak wtedy gdy wcielał się w Jonathana Reida. W CoC przyjdzie nam śledzić losy Edwarda Pierca, czyli prywatnego detektywa, któremu grozi utrata licencji. Przyparty do muru jegomość przyjmuję ofertę śledztwa dotyczącego pożaru posiadłości Hawkinsów. Dokładniej mamy zbadać niejasną przyczynę śmierci Sary Hawkins i istoty jej enigmatycznych malowideł.

Szybko trafiamy do portowego miasteczka Darkwater, a tam powoli odkrywamy grzechy mieszkańców i zgłębiamy tajemnicę stojącą za główną intrygę, gdzie ostatecznie do akcji wkracza kult tytułowego przedwiecznego. Chciałbym napisać, że Call of Cthulhu to idealne przeniesienie Lovecrafta na łono gier. Naprawdę chciałbym, ale nie jestem w stanie, bo tak po prostu nie jest. Przede wszystkim istota wzbudzania strachu jest tutaj dosyć prymitywna i polega na rzucaniu potworami w stronę grającego. Na próżno szukać tutaj bardziej kreatywnych sposobów wzbudzania grozy i eksponowania szaleństwa trawiącego wszystko dookoła.

Technikalia i rozgrywka zostały żywcem przeniesione z 2010 roku. Nie przeszkadzało mi to, a styl zabawy o powolnym tempie i skupiający bardziej na dialogach oraz badaniu otoczenia przypadł mi niezwykle do gustu. Jest sztywno, ale mimo wszystko przyjemnie z klimatycznymi przebłyskami. Podobała mi się również zielonkawa stylistyka warstwy graficznej i ataki paniki głównego bohatera – chciałbym ujrzeć to w bardziej rozbudowanej formie. Elementy RPG są, ale potraktowane mocno po macoszemu i nie wpływają za bardzo na styl gry. Pomimo tego Call of Cthulhu spodobało mi się i miało wystarczająco angażujący scenariusz, aby zaliczyć całość praktycznie na jednym tchu.

Skoro jesteśmy przy temacie Lovecrafta – oglądałem ostatnio film The Void. Niezależny horror, o którym do tej pory nie słyszałem. Reżyser Steven Kostanski przedstawia losy policjanta, który podczas patrolu natrafia na czołgającego się przy ulicy mężczyznę. Udziela mu pomocy i zawozi do szpitala, gdzie dzieje się cała akcja filmu. W niewyjaśniony sposób personelowi zaczyna odbijać. Pielęgniarka wydłubuje oczy pacjentowi, zdziera z siebie twarz, a następnie rzuca na głównego bohatera. Mało tego po śmierci przeobraża się w obrzydliwą abominację wyrwaną prosto z twórczości Cronenberga lub „Coś” Johna Carpentera. Maszkary wykonane są zresztą w podobny sposób i uniknięto stosowania komputera na rzecz bardziej tradycyjnych efektów specjalnych. Jest obrzydliwie i brutalnie – rzekłbym, że wręcz staroszkolnie! Mi do gustu przypadł przede wszystkim sugestywny i klaustrofobiczny klimat, a wiele scen prezentuje się po prostu wybornie pod względem wizualnym – zwłaszcza oświetlenie. Gdzie w tym wszystkim przytoczony wcześniej Lovecraft? Nie zdradzając za wiele natkniemy się tutaj na tajemniczy kult czczący istoty starsze niż Bóg i czas. Bardzo miłe zaskoczenie i strasznie polecam. Kawał solidnego seansu, który ominąłby mnie gdybym sugerował się kiepskimi ocenami.

Wewnętrzne dziecko nie mogło przejść obojętnie obok Toy Story 4. Wszak cykl to moja ulubiona seria animacji i zajmuje w moim sercu ważne miejsce. Tym razem Chudy i gang wplątają się w kolejną przygodę i sprawując piecze nad Bonnie będą musieli przeżyć ważną życiową lekcję. Chudy nie potrafi pogodzić się z tęsknotą za Andym. Stracił też pozycje ulubieńca i odszedł nieco w cień. Obsesja uszczęśliwienia dziecka zaczyna niebezpiecznie przejmować kontrolę nad jego życiem i powoduje, że panicznie trzyma się tego, co mu zostało. Nie widzi po prostu innego celu w swojej egzystencji.

Toy Story 4 jest historią o Chudym, który musi pogodzić się z tym, że czas gna nieubłaganie do przodu, wywracając przy tym codzienną monotonię do góry nogami. Za pomocą jego postaci autorzy przedstawili ból i strach rodzica żegnającego dorastające dziecko, które nie potrzebuje już w takim stopniu opieki. W skrócie – dotychczasowa misja wykonana, czas ruszyć dalej, ale aby wiedzieć gdzie zaprowadzi nas nowa droga trzeba ją najpierw odszukać. Ciepłe i zabawne kino, które pod koniec znów wyciska łzy – chociaż nie w takim stopniu jak trójka (Jezu, to już 9 lat!). Do tego ta animacja jest przepięknie wykonana. Zachwycałem się nad wieloma kadrami. Jakość grafiki CGI osiągnęła niebywały poziom – zwłaszcza mając w pamięci pierwszy film z cyklu.

Oglądam też drugi sezon Mindhunter. Tak jak pierwszy wydawał mi się mocniej poświęcony Holdenowi, tak teraz więcej czasu zyskał Bill. Bardzo podoba mi się wątek z jego synem (nienawidzę dzieciaka). Główny bohater stara wyprzeć się rzeczywistości i pozostaje głuchy na jasne sygnały. Kolejne odcinki pokazują jego wewnętrzną walkę, którą zdaje się coraz bardziej przegrywać. W dalszym ciągu śledzimy świetnie poprowadzone rozmowy z seryjnymi morderstwami i rozwój świeżo utworzonego działu behawiorystyki. W tle pojawia się psychopata żądny atencji, a nasza ekipa ugania się za seryjnym mordercą czarnoskórych dzieci w hermetycznej społeczności Atlanty. Jest dobrze – dostałem po prostu porządnie wykonaną kontynuację. Do końca zostały dwa odcinki i już nie mogę się doczekać jak pewne wątki zostaną zamknięte.

Pewnego razu… w Hollywood, czyli kolejne dzieło mojego ulubionego Quentina Tarantino. Tym razem przedstawia film… o niczym. Rick Dalton (Leonardo DiCaprio), czyli aktor, który przeżywa kryzys egzystencjalny z racji tego, że najlepszy okres kariery ma dawno ze sobą. Towarzyszy mu Cliff (Brad Pitt), czyli dubler i znany kaskader o awanturniczej osobowości. Przez cały seans śledzimy losy charyzmatycznego duetu, który próbuje na nowo odnaleźć się w złotym wieku Hollywood. Dochodzi do tego wątek rodziny Masona oraz przejawiająca się w tle Sharon Tate (jak zwykle irytująca Margot Robbie). Czujność widza zostaje uśpiona, Quentin bawi się oczekiwaniami i na końcu przywala z grubej rury zrzucając bombę w swoim popisowym stylu.

Audiowizualny majstersztyk, jak zwykle okraszony świetnymi dialogami. Film, który jest tak dobrze wykonany, że praktycznie nie potrzebuje żadnej historii, bo i ta pisze się sama. „Pewnego razu…” może i nie zostanie moim ulubionym filmem Quentina, ale dostałem w 100% to czego oczekiwałem. Świetną wyprawę w przeszłość Hollywood z ciętym językiem i wszechobecną groteską.

Głosy ze Ściany – ten film był… dziwny, bardzo dziwny. Główna bohaterka Verena (Emilia Clarke) jest opiekunką, która robi swoje i opuszcza dziecko, gdy jej obecność nie jest już potrzebna. Jej kolejny wychowanek to młody chłopiec cierpiący na traumę z powodu śmierci matki. Od czasu jej nieobecności chłopak przestał się odzywać. Bezradny ojciec próbuje wszystkiego, by wyciągnąć go z letargu lecz nic nie daje wymiernych efektów. Verena stara się wykazać i dotrzeć do chłopca, ale jej starania również nie poprawiają stanu dzieciaka. Kobieta coraz bardziej zbliża się do mężczyzny i jego syna, by ostatecznie popaść w obsesję na punkcie zastąpienia martwej kobiety. Do tego dochodzą tytułowe głosy ze ściany wprowadzając szczyptę tematyki paranormalnej.

Pomysł ciekawy i mógłby zostać przekuty w klimatyczny thriller psychologiczny. Niestety, gdzieś od połowy wszystko się sypie i cały spektakl popada w pułapkę kliszy. Wyjątkowo nie podobała mi się gra aktorska. Brak jakiegokolwiek elementu zaskoczenia, a zabiegi twórców są niesamowicie przewidywalne. Typowy Netfliksowy średniak pozbawiony ikry. Obejrzeć można, ale po seansie film szybko wypada z głowy – nawet pomimo zakończenia, które całkiem mi się podobało i uważam za jeden z lepszych elementów całości.

Dobra, nie ma sensu przedłużać i pisać o reszcie rzeczy, bo i tak tego nie czytacie! W najbliższy weekend wybieram się na Międzynarodowy Festwial Komiksu i Gier. Kolejna notka na pewno poruszy to wydarzenie i zdam krótką relację. Na miejscu zamierzam pograć w bijatyki, więc w najbliższe dni na pewno odkurzę Tekkena 7. Na celowniku jest również dalsze przechodzenie Catherine: Full Body oraz South Park: The Fractured but Whole, a także powrót do Astral Chain. Tyle ode mnie – pochwalcie się koniecznie co u Was i w co teraz gracie!

16 odpowiedzi »

  1. Pewnego razu w Hollywood po prostu jest. Nie potrzeba niczego więcej, ani mniej. No ale ja nie jestem dobrą osobą do komentowania filmów Tarantino… za bardzo je uwielbiam. Jego filmy tworzą też przede wszystkim aktorzy jakich w nich obsadza i sporo zależy od ich gry, a że przeważnie bawią się konwencją swoich bohaterów (a robią to moim zdaniem świetnie) to wychodzą takie cuda. Czekam na coś nowego od niego, choć pewnie szybko się nie doczekam :(

    Jestem dumna, że udało mi się przekonać Cię by szybciej ukończyć niektóre horrory. Za niedługo nie będzie jakich ogrywać!

    • Graty za hattricka ^^ 1,5 roku przerwy w Y6 to betka. Ostatnio musiałem oddać moją PS4 do doktora, żeby mi wreszcie ogarnął napęd BR. Postanowiłem więc wrócić do PS3 żeby dobić platę w jakiejś grze (poprzednio jak PS4 była w naprawie, to dobiłem platę w Uncharted 2). Padło na Naruto Shippuden: Ultimate Ninja Storm 3 Full Burst (uwielbiam japońską szkołę nazywania gier ^_^ ‚ ). Okazało się, że miałem 4 lata i 5 miesięcy przerwy XD Niesamowite jak dobrze wyglądają gry z serii NS: UNS nawet po latach. Pewnie za jakiś czas zagram w czwartą część bo już czeka na dysku.

      Całe szczęście konsoli nie było ze mną tylko przez 2 wieczory więc na czwóreczce też było grane. Chciałem popchnąć do przodu Mad Max’a… ale prawdę powiedziawszy zaczęły mi wychodzić bokiem znajdźki, a niestety zanim zacznę normalnie grać to muszę oczyścić mapę z kropek… Po oczyszczeniu 2 regionów i zrobieniu części trzeciego postanowiłem sobie zrobić przerwę i znaleźć jakąś inną grę. Myślałem żeby zacząć trzecie Borderlandsy, ale mój etatowy coop partner KraZislaw ciągle męczy platyne w dwójce i jakoś tak źle by mi było zaczynać bez niego. Mój wybór padł więc na Digimon World: Next Order. Włączyłem ją sobie wieczorkiem żeby sprawdzić co i jak, jak to wygląda, na czym polega itd. Sesja skończyła się późno w nocy po niespełna 4 godzinach grania… Na dzień dzisiejszy mam już coś koło 8 godzin :v Jak na moje warunki to całkiem niezły wynik. Oczywiście gra nie wygląda jakoś niesamowicie, ale mimo wszystko cieszy oko. Jest kolorowo, a digimony wyglądają naprawdę dobrze. Wkurza tylko doczytywanie się danych między instancjami, które nie są specjalnie duże. Póki co gra bardzo mi się podoba, ale nie wiem czy na dłuższą metę niektóre mechaniki (robienie kupy przez digimony :v ) nie będą upierdliwe. Na tą chwilę jestem po pierwszej dużej rozbudowie miasteczka, mam w nim coś koło 17 digsów, a moi kompani zaliczyli po dwa zgony.

      Oprócz tego grywamy sobie z KraZem w Wildlands. Gra jest po prostu prześliczna. Można wiele zarzucić Ubi, ale światy po których biegamy są zawsze niesamowite i zapierające dech w piersiach (m. in. Nowy Jork w The Division, Paryż w Assassin Creed Unity). Zresztą wystarczy zerknąć na twitter mój albo KraZa. Staramy się po każdej sesji wrzucić jakieś zrzuty ekranu z widoczkami. Postanowiliśmy wbić platę, więc postęp gry jest dość wolny. Każdy region czyścimy ze znajdziek i misji i dopiero wtedy ruszamy do następnego. Obecnie jesteśmy w regionach opanowanych przez Trynidad i nie można tak łatwo wbić na przysłowiowego Jana, wystrzelać wszystkich i spokojnie wziąć znajdziek. Wszystko musi być robione po cichu. Nie pomaga fakt, że gramy praktycznie tylko w piątki :v Tak czy inaczej w coop gra się świetnie.

      Zagrałem też w grę…”grę” REFUNCT. Lubię sobie czasem kupić jakąś dziwną krótką gierkę na promocji (tak, czekam na promo Sayonara Wild Hearts).Ta mnie kosztowała dokładnie 6,25zł :v Cała gra polega wskakiwaniu na filary i wciskaniu czerwonych przycisków, które powodują wysunięcie się kolejnych filarów i pojawienie się kolejnego czerwonego przycisku. Po wskoczeniu na filar pojawia się na nim trawa. I tak w kółko aż do pojawienia się żółtego przycisku. Dodatkowymi znajdźkami są czerwone kryształy, ale jest ich dosłownie kilkanaście. I tyle. Nie ma dodatkowych miechanik, endgame’u czy czegoś takiego. Biega się, skacze i okazjonalnie odbija od ścian żeby wskoczyć wyżej. Dosyć powiedzieć grę można skończyć w 4 (!) minuty. Jest za to nawet trofka. W ogóle info dla trofikowych dziffek. Ta gra ma platę i można ją wbić w 30 min :v Gra wygląda jak robiona na zaliczenie na studiach. Nie wygląda źle, ale w żadnym momencie nie wywołuje zachwytu. Prosta i funkcjonalna. Nie żałuje zakupu. 6 ziko to idealna cena za takie coś. Godzinka kompetentnej zabawy bez myślenia i bez łamania sobie palców, idealna do słuchania np. podcastu w tle.

      To będzie chyba na tyle. Pewnie najbliższe dni to będzie gra w Digimony i Wildlands. Może znowu wpadnie jakaś krótka gierka. W kolejce czekają m. in. Deponie, Brothers: A Tale of Two Sons. Widziałem jeszcze na promocjach gry HOPA od Artifex Mundi i chyba się na którąś skuszę, bo Ouji polecała.

      • W No More Heroes miałem przerwę 8 lat i 4 miesiące! Do Resistance 3 wróciłem ostatnio po 7 latach i 8 miesiącach – kampania pękła na coopie. Będą to pewnie najdłuższej wbijane platyny do czasu aż wrócę zebrać piórka w Assassin’s Creed 2 lub odłamki z Infamousów.

        • Z ciekawości sprawdziłem moje najdłuższe platy… Pierwsza szóstka:

          6. Burnout Paradise – 3 years, 1 month
          5. Naruto Shippuden: Ultimate Ninja Storm 2 – 3 years, 11 months
          4. Naruto Shippuden: Ultimate Ninja Storm 3 – 4 years, 5 months
          3. MotorStorm: Apocalypse – 5 years, 6 months
          2. Uncharted: Drake’s Fortune – 5 years, 10 months
          i niekwestionowany nr 1. Uncharted 2: Among Thieves – 9 years, 8 months…

          Kurna i wszystkie te gry to moja topka gier w jakie grałem… Za każdym razem „coś” przeszkadzało a potem nie było kiedy wrócić… A czekają na mnie jeszcze m. in.
          Digimon Story Cyber Sleuth (ponad 2 lata),
          inFamous First Light (ponad 3 lata)
          Sly Cooper: Thieves in Time (ponad 6 lat)
          GRAVITY RUSH (ponad 6 lat)
          Ratchet & Clank: A Crack in Time (ponad 9 lat)…

    • Co do Tarantino mam podobne odczucia. Nie jestem jakimś wielkim fanem jego twórczości, ale ten film (poza genialnym DiCaprio) był po prostu słaby.
      Z seriali polecam „Rozczarowani”. Animacja od Matta Groeninga w.. jego stylu. Drugi sezon skończyłem w mgnieniu oka.
      A film – miej na uwadze AdAstra. Jestem ciekaw Twojego zdania.

      • Obecnie mam w planach wybrać się właśnie na Ad Astra, To 2 i Parasite. Kolejność losowa, ale w następnej notce na pewno rozpiszę się, o którymś z tych filmów.

        Rozczarowanych znam. Ludzie masowo narzekali, ale pierwszy sezon całkiem mi się podobał. Wiadomo, nie jest to może liga Bojacka, czy Ricka i Mortyego, ale warto obejrzeć. Drugi sezon na pewno ruszę po zaliczeniu Mindhunter, czyli „za chwilę”.

  2. Skończyłem i wbiłem platę w Demon Gaze – dungeon crawlerze na PSV. Teraz zabrałem się za Chasm – całkiem przyjemną metroidvanię na Vitę. Ratuję górników ze Śluńska przed bestiami, które opanowały kopalnię, przy okazji odkrywając pozostałości po pradawnej cywilizacji. Losowo generowane pomieszczenia wzmagają niepokój i sprawiają , że rozgrywka jest nieprzewidywalna, ale najbardziej podoba mi się tryb mortal czyli w skrócie – jeśli zginiemy to gra usuwa zapis gry – lubię taki challenge! Jest nawet złoty trofik, jeśli przejdziemy grę na tym trybie.

    Postanowiłem sam się przekonać jak to jest z tą chłodno przyjętą przez fanów Valkyrią. Twórcy pokusili się o radykalne zmiany w Valkyria Revolution i jak się domyślam chcieli uczynić grę jeszcze bardziej dynamiczną i widowiskową, a jak wyszło ? Pewnie napiszę o tym jak ujrzę już napisy końcowe.

    Czytając Twoje wrażenia odnośnie horroru The Void „W niewyjaśniony sposób personelowi zaczyna odbijać. Pielęgniarka wydłubuje oczy pacjentowi, zdziera z siebie twarz, a następnie rzuca na głównego bohatera.” – to przypomniały mi się włoskie horrory gore z lat 80. Polecam „The Beyond” z 1981 roku. Nie ma tam dobrej gry aktorskiej, efekty gore mogą w dzisiejszych czasach śmieszyć, ale ten brak logiki i chaos w fabule oddają świetnie klimat sennego koszmaru.

  3. Sezon na świetne indyki uważam za rozpoczęty! Najpierw mocny Blasphemous, który zapełnił lukę jaką zostawiły po sobie Soulsy. Potem wymasterowałem rewelacyjne Sayonara Wild Hearts. Czym więcej czasu spędzam z tą produkcją tym bardziej ją lubię. Rozwiązanie wszystkich zagadek zodiaków i wbicie złotej rangi na każdym poziomie sprawiło mi sporo frajdy. Sposób w jaki tytuł łączy ze sobą różne elementy rozgrywki to małe mistrzostwo świata. Jak by tego było mało teraz przyszedł czas na melancholijne Mutazione. Jest to produkcja o której jest wyjątkowo cicho w internetach, lecz już teraz mogę was zapewnić, że jest to tytuł, który warto mieć na oku( więcej wkrótce w mojej recenzji). Po ograniu Mutazione, zabieram się wkońcu za jedną z moich ulubionych gier co-opowych na ps3, czyli chodzony brawler – Castle Crashers HD. Fani indyków mają co robić!

  4. Już chyba z przyzwyczajenia przejrzałem tylko pogrubiony tekst i zdjęcia i mogę powiedzieć tylko „Dej mnie owce” :D

    Z ostatnich gier to niewiele bo aby Uncharted 4 skończyłem. Jakiś czas temu zauważyłem gdzieś jakiś screen z Uncharted jakiegoś i tak pomyślałem, że czwórki w sumie jeszcze nie ograłem. Parę dni później graliśmy u kumpla w planszówki, zaczęliśmy od partyjki w Eldritch Horror gdzie po 4h planowania i rozgrywki, 3 poświęconych bohaterach (kumpel się w końcu odegrał na szkielecie od ostatniego razu) udało nam się skończyć. Było trudno ale ktoś wylosował klątwę, że ze sklepu znikają wszystkie itemy i dopóki nie trafi nam się etap z rozpatrywaniem efektu, sklepu nie będzie. Oczywiście to była nasza 3 tura czyli sam początek, itemki znikły na 3 kolejne tury a moja postać była nastawiona na wykupowanie sklepu a w momencie zakupu mogłem przekazać jednej osobie ten przedmiot za darmo.
    Także prawie nieuzbrojeni z jedną w sumie bezużyteczną postacią na obecną chwilę próbowaliśmy walczyć.

    Po skończonej sesji w Eldritcha zamówiliśmy pizze, jedna z nich to hawajska 50cm, była zajebista ;) Ananasik ^^
    Po chwili zaczęliśmy grać w Robinson Crusoe: Przygoda na przeklętej wyspie, tej planszówki nie znałem, było to moje pierwsze spotkanie z tym tytułem ale było zabawne, żebyśmy przeżyli nie jadłem przez 4 dni bo trafiłem postać, że najmniej nam morale spadało podczas gdy moje hp spadało :D Zrobiliśmy parę obozów, znaleźliśmy bronie, odkryliśmy ogień i takie tam, najważniejsze, że mogliśmy żarcie zdobywać bez problemu.
    Duża losowość polegała na tym, że w każdej turze mogliśmy albo pozyskać jakiś zasób, odkryć teren lub próbować odkryć znalezisko jak np płótno aby zrobić mapę, noże itp. Losowość polegała na tym, że mieliśmy 2 tokeny na wybranie co chcemy odkryć/pozyskać, stawiając 2 tokeny na powiedzmy jedzeniu mieliśmy 100% na pozyskanie. Jeden token skutkował rzutem koścmi, czasem się udawało bez problemu, czasem np kosztem 2 punktów życia a jedno co mi utkwiło w pamięci to to, że tygrys oderwał kumplowi nogę i zmarł po 2 dniach ;) Na tym się skończył, ponieważ śmierć jednej osoby oznacza przegraną.

    Wracając do Anczarted, podczas gry w Robinsona kumpel powiedział, że ma na sprzedaż to kupiłem i ograłem. Było całkiem ok. Mamie też się podobało bo większość czasu siedziała obok i oglądała. Ale wkurzał mnie Sam, brat Nathana „jestem Twoim bratem, jednak nie umarłem, teraz znajdź mi skarb i mnie uratuj” no ja pitole… to już od początku widać, że typ coś kręci, taki charakter łatwo poznać w grach, jest zbyt oczywisty.
    Zostało mi jeszcze odnaleźć zaginione dziewictwo… znaczy, ten, no… Zagubione Dziedzictwo. To mam kupione więc na dniach się ogra.

    Od czasu do czasu pogrywam sobie też na kompie w Beat Saber i Gold Rush. Chwilami też w Majnkrafta, jezu, jak ta gra z kilkoma modami i shaderami zajebiście wygląda! Chyba sobie pobiorę jakąś paczkę modów technicznych i zacznę się bawić maszynami. Chcę znowu dojść do momentu, gdzie będę szczęśliwy budując wielgachny reaktor fuzyjny napędzany plazmą o temperaturze 150 milionów stopni powstały z reakcji deuteru i tritium, utrzymanie plazmy w solenoidach magnetycznych zasilanymi generatorami van der graafa… Aż idę od razu pobrać jakąś paczkę.

    A z seriali oglądam znowu po raz kolejny again Jak Poznałem Waszą Matkę <3

    • Ja za zaczęłam dopiero pierwszy raz oglądać ten serial i nie wiem czemu mi się ubzdurało kiedyś, że bohater który opowiada tą historie to Barney…

Skomentuj

Proszę zalogować się jedną z tych metod aby dodawać swoje komentarze:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s