Recenzje

Vambrace: Cold Soul (PS4) – recenzja gry

O Vambrace: Cold Soul, czyli dungeon-crawlerze od koreańskiego studia Devespresso Games dowiedziałem się przy okazji jednej z recenzji pecetowej wersji gry, gdzie szczerze mówiąc, dość obcesowo z nią postąpiono. Osobiście jednak poczułem pokusę przetestowania tego tytułu, więc kiedy pojawiła się wersja PlayStation 4, postanowiłem się nią zająć. Jak się okazało, diabeł wcale nie był taki straszny, jak go malowano. Oglądając obrazki z gry, części z was mogłoby się skojarzyć wydane kilkanaście miesięcy wcześniej Darkest Dungeon. Cóż o podobieństwach powiemy sobie później, a na razie jedna zasadnicza różnica, Vambrace posiada fabułę i to całkiem znośną. Nic rozbudowanego, wymyślnego czy oryginalnego, ale da się ją śledzić z zainteresowaniem. Akcja toczy się w świecie łączącym w sobie wątki mrocznego techno-średniowiecza, apokaliptyczne oraz magiczne, a twórcy, mieszając ze sobą elementy gier zachodnich oraz „japońskich” klimatów stworzyli przedziwną, ale ciekawą hybrydę.

Vambrace_ Cold Soul_20190902104227.jpg

Przenosimy się do krainy Edena, której centralny punkt stanowi miasto Icenare. Niestety zostało ono skute mrozem i odseparowane od świata lodową barierą przez złowrogie siły Króla Cieni. Mieszkańcy się jednak nie poddali i zeszli, dosłownie, do podziemi, gdzie założyli enklawę nazwaną Dalearch. Wojna z Królem i jego sekciarzami zwanymi Zielonym Ogniem, wciąż bowiem trwa, a jej rezydenci, mając świadomość, że prędzej czy później dojdzie do ostatecznego starcia, szykują się ostro do boju. Jednak jest ktoś, kto bez problemu może przekraczać barierę- młoda kobieta imieniem Evelia Lyric, która zgodnie z życzeniem zmarłego ojca poszukuje pewnego człowieka. Dzięki tytułowej rękawicy przybywa do Dalearch i chcąc nie chcąc musi przyłączyć się do walki, ponieważ tylko ona jest w stanie przenikać pojawiające się lodowe ściany. Przy okazji przyjdzie jej odkrywać mroczne tajemnice Icenare. Trzeba przyznać, że twórcy przyłożyli się do kreacji głównej bohaterki i  nie popadli w skrajności: zalęknionej lolitki bądź supermenki. Evelia jest normalną, rozsądną dojrzałą kobietą, której odwagi wprawdzie nie brakuje, ale myśli logicznie i bez potrzeby nie pakuje się w kłopoty. Kilka innych postaci również zostało bardzo dobrze napisanych ze swadą i pewną dozą wielowymiarowości oraz przywar. W każdym razie nikt nie zapewnia Evelii o bezinteresownej pomocy, chcąc swoje przy tym ugrać i to mi się spodobało, podobnie jak lekko książkowy sposób narracji.

Wspomniałem wcześniej o Darkest Dungeon, grze studia Red Hook Studio, ponieważ w Vambrace widać wiele inspiracji tą produkcją. Podobnie jak tam recenzowana tutaj gra łączy w sobie elementy dungeon- crawlera i roguelike’a z pewnymi naleciałościami RPG. Tyle tylko, ze w przeciwieństwie do DD tutaj odwrócono koncepcję i zamiast podziemi eksplorujemy zasypaną śniegiem powierzchnię. Wbrew temu, co można sądzić po samouczku, rozgrywka okazuje się całkiem prosta. Dostajemy zadania, wynajmujemy członków drużyny i wyjeżdżamy windą do Icenare zwiedzać i przeszukiwać opuszczone domostwa oraz walczyć. Cieszy fakt, że najmowani kompani wcale nie są tacy bezosobowi, oprócz imienia i nazwiska mają swoje pochodzenie i różnorodne umiejętności, zależne od rasy i profesji. Gra stawia nacisk na ich umiejętne wykorzystanie w terenie. Czy lepiej dać na czele grupy wojownika, który zapewni nam początkową przewagę w razie walki; kogoś spostrzegawczego, zdolnego wypatrzyć wcześniej pułapkę nim w nią wdepniemy; a może bardziej przydatna będzie postać ze ślusarskimi umiejętnościami, dzięki której ze skrzyń wypadnie więcej łupów? Często więc będziemy zmieniać lidera i tu wychodzi jeden mankament, bo jest to niewygodne, ponieważ wymaga wejścia w menu. Niestety po kilku takich razach zaczyna to drażnić.

Wersja PC była ostro krytykowana za zbyt duży element losowości, ponieważ faktycznie raz przejdziemy lokację suchą stopą, a przy innej okazji będziemy obrywać od nagłych wydarzeń i częstych walk. Mnie jednak to nie irytowało, więcej byłem nawet zadowolony, że ciągle coś się dzieje. Tutaj mała podpowiedź — postawienie na przedzie postaci z wysoką spostrzegawczością (awareness) likwiduje większość nieprzyjemnych problemów. Warto też korzystać z usług przygodnie napotkanych rekruterów, którzy potrafią zaoferować naprawdę wszechstronne i potężne postacie, ale co normalne, za sporawą sumkę. Innym pomysłem też lekko inspirowanym Darkest Dungeon jest stan psychiczny wojaków (Vigor) obniżający się wraz z przemierzaniem kolejnych obszarów. Jeśli spadnie do zera, to podobnie jak w przypadku ubytku punktów życia, postać traci przytomność. Celowo nie piszę „umiera”, bo w razie czego budzimy się po prostu w miejscowej lecznicy Dalearch. Ponadto z czasem wzrasta też wskaźnik Terroru i jeśli osiągnie maksymalny poziom, toczymy walki na każdym kroku. Nad samymi starciami nie ma co się rozwodzić, wielbicielom japońskich RPG się spodoba, zwolennikom zachodnich produkcji raczej nie. Po prostu dwie maksymalnie czteroosobowe drużyny wymieniają się ciosami i naparzają w siebie posiadanymi umiejętnościami, dopóki któraś ze stron nie padnie. O kolejności wykonywania ruchów natomiast decyduje staromodny pasek akcji. Ogólnie rzecz biorąc trudno coś pochwalić czy zganić, jeśli chodzi starcia, chociaż więcej emocji i możliwości bojowych z pewnością by nie zaszkodziło.

Do gustu przypadła mi również dwuwymiarowa, ręcznie rysowana oprawa wizualna w stylu (pseudo)anime. I tutaj również pomimo różnic czuć koncepcję graficzną zastosowaną w DD, pomimo iż tam japońskości nie było. Mogą trochę drażnić zbyt duże ikony facjat naszych wojaków, ale można do tego przywyknąć. Niemal wszystko, łącznie z walką przedstawiono w rzucie z boku, dzięki czemu oglądamy śliczne, szczegółowe tła oraz miłe dla oka sylwetki naszych ulubieńców i innych mieszkańców Dalearch. Jest na co popatrzeć, gdyż enklawę zamieszkuje kilka ras: od znanych nam ludzi czy krasnoludów po narysowane bardziej we wschodnim stylu elfki, czy inne mieszańce ze zwierzęcymi uszkami i ogonkiem (przeglądając stronkę dewelopera, zauważyłem, że zaprojektowane na modłę awatarów osób tworzących studio). Udźwiękowienie natomiast nie wyróżnia się niczym szczególnym. Niestety trafiają się pewnie niedoróbki, jedna z nich to mało intuicyjny interfejs, kiepsko skrojony pod obsługę pada, ponadto samo tłumaczenie na język angielski jest niezbyt dobrej jakości, a w samym tekście też zdarzają się błędy. Zastanawia mnie fakt braku polskiej lokalizacji, skoro niemal wszystkie ważniejsze  języki europejskie są dostępne, nawet ukraiński!

Vambrace: Cold Soul_20190921182802

Mimo wszystko czas spędzony z Vambrace: Cold Soul nie uważam za stracony. Bardzo przyjemnie mi się grało, zważywszy na to, iż mamy do czynienia z produkcją niezależną. Owszem grze brakuje nieco szlifów, więc bez łatki się nie obejdzie, ale nic, co by mocno przeszkadzało w zabawie. Nie jest to wprawdzie tytuł, który dorównuje Darkest Dungeon, ale warto dać mu szansę przy okazji jakiejś promocji, chociaż premierowa cena jest dosyć rozsądna (99 zł).

 

Skomentuj

Proszę zalogować się jedną z tych metod aby dodawać swoje komentarze:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s