Gry

Kill the Game #4 – W co gracie?

Muszę wrócić do bardziej regularnego publikowania, bo zbiera mi się za dużo rzeczy, o których chciałbym wspomnieć chociaż parę zdań! Dzisiaj będzie sporo gier i filmów, ale możecie to wszystko olać i uderzyć prosto w komentarze – gwarantuję, że nic nie stracicie!

W ostatnim czasie sporo czasu spędziłem przy Shin Megami Tensei: Digital Devil Saga. Stąd też na stronie pojawił się krótki tekst o kanibalizmie. Jest to klasyczne, turowe jRPG w klimatach post-apo. Powrót do 2004 roku nie należał do łatwych. Uświadomiłem sobie w jak gigantyczny sposób ułatwiono 3DS-owe Shin Megami Tesnei IV i Apocalypse, nie mówiąc już o serii Persona z naciskiem na 4 w wersji Golden i P5. Niejednokrotnie musiałem wczytać save sprzed trzech godzin, bo gra bez litości wbiła mnie w ziemię nakładając na moją drużynę status, z którego nie dałem rady wyjść. Innym razem zapomniałem zapisać w terminalu i przed walką z bossem nie zmieniłem umiejętności, więc wpadłem pod przeciwnika bez możliwości odsłonięcia jego słabości. Co w tej grze jest po prostu kluczowe do odniesienia sukcesu w poważniejszym starciu.

https://i.kinja-img.com/gawker-media/image/upload/gwtvpxl9r0lunkgjtb8p.jpg

Charakterystyczny wygląd postaci i demonów to oczywiście zasługa Kazumy Kaneko. Weteran branży z ogromnym wkładem w serię. 

System walki i rozwój postaci w dalszym ciągu bardzo mi się podoba. Nie bez powodu jestem fanem tej marki i zawsze stawiam ją najwyżej jeśli chodzi o gatunek. Po prostu pomimo wywindowanego poziomu trudności bawię się najlepiej spośród innych reprezentantów gatunku. Szkoda jedynie, że z biegiem czasu nikt nie wpadł na pomysł przeniesienia tej dylogii na współczesne sprzęty przenośne – tak, jestem nubem, a jRPG najlepiej mi wchodzą w formacie przenośnym.

To co mnie jednak najbardziej urzeka to klimat, atmosfera i muzyka. Dołujący świat zniszczony przez apokalipsę – wszędzie jest szaro-buro, ludzki żywot zaczyna w większym stopniu przypominać zwierzęcy, a jedyną nadzieją na poprawę stanu swej egzystencji jest wiara, że pewnego dnia trafi się do Nirvany. Mitycznego miasta, do którego wejdzie jedno z sześciu plemion. Wszystko komplikuje się gdy na ziemię spada niezidentyfikowany obiekt. Kontakt z nim sprawił, że ludzkość zaczęła przemieniać się w wygłodniałe demony. Pojawiła się też tajemnicza kobieta z amnezją (och… jakie oryginalne), która wydaje się być ściśle powiązana z całym incydentem. Dziewczę za sprawą śpiewu potrafi uspokoić demony owładnięte szałem.

Nasza ekipa nie ma jednak czasu na zebranie myśli. Praktycznie od razu od felernego wydarzenia dowódcy plemion zostają wezwani przez „wyrocznie”. Tam okazuje się, że została ona przejęta przez tajemniczą istotę nazywaną „Angel”. To właśnie ona zaczyna dyktować nowe warunki i zdradza wszystkim istnienie groźnej kobiety, którą za wszelką cenę trzeba przyprowadzić. Fabuła jest naprawdę ciekawa i staram się cyklicznie popychać historię nieco do przodu z nadzieją, że uda mi się ją sprawnie ukończyć. Jednocześnie jestem świadom, że najgorsze dopiero przede mną i pod koniec gry poziom wyzwania w śmieszny wręcz sposób wystrzeliwuje w górę. Cóż, taki już urok Shin Megami Tensei.

Ścieżka rozpaczy i niedożywienia, czyli droga do 200. – platynowy raport

Kolejna szybka seria pucharków. Platyna numer 192 przypadła na South Park: The Fractured but Whole. Kontynuacja Kijka Prawdy rozpoczyna się w momencie zakończenia poprzednika. Cartman przenosi się w czasie, aby ostrzec swoich przodków z ery średniowiecza o zagrażającym im niebezpieczeństwie. Dzieciaki, choć początkowo niechętne, idą mu na rękę, porzucają oręż fantasy i zaczynają bawić w superbohaterów. Cel? Odnalezienie kota i zgarnięcie $100 nagrody, którą sfinansują własną bohaterską serię dla Netfliksa.

https://i4.ytimg.com/vi/uGJv4fK9VSE/maxresdefault.jpg

Trzon zabawy nie uległ większym zmianom. To dalej prosta gra RPG w turowym formacie. System walki został nieco usprawniony, ale brak tutaj znaczących zmian i całość stanowi po prostu ewolucję wypracowanej wcześniej formy. Mam też wrażenie, że przygoda jest dłuższa o parę godzin przy jednoczesnym braku aż tylu zabawnych momentów. W efekcie bawiłem się nieco gorzej i pod koniec czułem już zmęczenie materiału. W dalszym ciągu to świetny tytuł! W wielu momentach autentycznie zabawny i z przyjemną rozgrywką. Polecam wszystkim fanom poprzednika i serialu.

Platyna 193 to Back in 1995 w wersji na Vitę – horror stanowiący niski ukłon w stronę straszaków końcówki lat 90. z mocnym naciskiem na pierwszego Silent Hill. Koszmarny dubbing, świadoma brzydota i sztywność sterowania. Gra na jedno posiedzenie z prostym zestawem pucharków i bardzo przyjemnym przesłaniem po napisach końcowych.

194 to z kolei Uncharted: Zaginione Dziedzictwo. Czym dla was jest seria? Dla mnie była intensywną przygodą pełną efekciarstwa i filmowych skryptów rodem z największych akcyjniaków kina. Dlatego kompletnie nie rozumiem podejścia, w którym tytuł „otworzono” obdzierając go niemal kompletnie z dynamiki. Pieję tutaj głównie do czwartego rozdziału, który składa się z dużej mapy Ghat Zachodnich. Właśnie przez ten moment zwlekałem dwa miesiące z ukończeniem gry na pięć godzin.

Pomijając sandboksową lokację nie bawiłem się źle, aczkolwiek niejednokrotnie miałem wrażenie, że pokruszę zęby od dialogów na linii Nadine->Chloe. Bohaterki są cholernie bezpłciowe i nie mają kompletnie nic do przekazania poza regionalnymi ciekawostkami historycznymi… ugh. Pochwalę na pewno śliczną oprawę graficzną. Widoczki autentycznie potrafią zapierać dech w piersi. Samo strzelanie nie było najgorsze i format kilkugodzinnej przygody podobał mi się dużo bardziej niż czwórka, którą niepotrzebnie i nudno rozwleczono. Pomimo narzekań uważam, że to dobry szpil. Bardzo podobał mi się etap z pociągiem przywołujący miłe wspomnienia z mojej ulubionej dwójki.

Powrót do The Evil Within 2 zwieńczyła platyna 195. Horror generacji? Przesada, ale dużo w zasadzie nie brakuje i bawiłem się pierwszorzędnie. Powrót do świata Stem i walka z traumą Sebastiana były niesamowitym przeżyciem. Do tej pory czuję niedosyt i z otwartymi rękoma przyjąłbym kontynuację. Zwłaszcza, że miejsce na nią jest i parę wątków pozostało niedomkniętych. Mocniej podobała mi się pierwsza połowa gry, gdzie mierzymy się z charyzmatycznym Stefano – sadystycznym artystą tworzącym makabryczne dzieła sztuki z manią na uchwycenie ostatnich chwil swych ofiar. Świetna postać i aż żal serce ściska, że nie było go więcej w grze.

https://www.miastogier.pl/baza/Encyklopedia/gry/News/14.02.2018/nws_the_evil_within2_001.png

Ponowna wycieczka do Harran to setki wybitych zombie, kilkanaście uszkodzonych broni, niezliczona ilość zgonów od upadku. Wbiłem też platynę 196. Dalej jestem pełen podziwu dla projektantów lokacji. Miasto z Dying Light to bohater sam w sobie – świetnie rozplanowany i przemyślany. Uwielbiam też rozczłonkowywać chodzące zwłoki w tej grze. Czuć siłę każdego uderzenia, a tryskająca posoka z rozpadających ciał to istna uczta dla oczu! Zabrałbym się od razu za The Following, ale trofeum z ratowaniem mieszkańców przed Ludźmi Raisa strasznie obrzydziło mi rozgrywkę – muszę łapać oddech i odpocząć.

W Astral Chain zostały mi do przejścia dwa rozdziały i już teraz wiem, że będzie to moje największe rozczarowanie roku (ostatnich lat). Rzadko kiedy moje oczekiwania rozmywają się aż tak z rzeczywistością. Spodziewałem się po prostu efekciarskiej akcji i przyjemnego, widowiskowego systemu walki. Dostałem to! Szkoda tylko, że proporcje zostały spieprzone na całej linii. Licznik pokazuje 16 godzin, a mam wrażenie, że walczyłem może przez dwie (do tego w jednej lokacji, bo walczy się głównie w innym wymiarze, który ma JEDEN wystrój rodem z taniego generatora map). Co robiłem przez resztę czasu?

Wykonywałem fetch questy przywodzące na myśl tanie gry MMO z początku XXI wieku. Przenieś skrzynki, znajdź balon, zaprowadź do mamy, zbierz puszki. Po prostu idź z punktu A do B i wciśnij „Ok”. Koszmar. Do tego gra usilnie próbuje opowiedzieć historię, ale jej najzwyczajniej w świecie… nie posiada. Niemy protagonista i trzej bohaterowie na krzyż, którzy stanowią tanie archetypy z sezonowego anime, o którym fani zapominają pół roku po emisji. Gry PlatinumGames (te lepsze) nigdy nie brylowały pod względem scenariusza, ale mogły się pochwalić charyzmatycznymi postaciami, gagami i świadomym kiczem. Tutaj tego nie uświadczycie – to pompatyczna papka siląca się na nie wiadomo co. Brakuje czegokolwiek, co by mnie pchało do przodu.

Zacząłem też Concrete Genie, ale na stronie możecie przeczytać recenzję od Kamilinho. Ja swoje pięć groszy dodam następnym razem, gdy już wbiję platynę. Przyznam, że początek bardzo mi się podoba i na razie bawię się przednio.

W tym momencie kończymy z grami i przechodzimy na drugą półkulę wpisu, tę odpowiedzialną za rozrywkę nieinteraktywną.

I’m goin’ down to South Park, gonna have myself a time.
Friendly faces everywhere, humble folks without temptation.
I’m goin’ down to South Park, gonna leave my woes behind.
Ample parking day or night, people spouting: “Howdy, neighbor!”
I’m headin’ down to South Park, gonna see if I can’t unwind.
So come on down to South Park, and meet some friends of mine.

South Park – wątpię, aby znalazła się chociaż jedna osoba, która nie zna tego popkulturowego fenomenu. Animacja ostatnio wylądowała na Netflix. Co prawda tylko wybrane sezony, ale i tak się cieszę, bo bardzo lubię ten serial. W ostatnim czasie nie śledziłem za bardzo kolejnych wydarzeń z Kolorado, więc mam sporo zaległości. Rozpocząłem od pierwszego, z perspektywy czasu mocno surowego, odcinka. Wykonany w technice wycinanki opowiada o sondzie analnej Cartmana. Następnie skok w czasie do jednego z ostatnich sezonów i odcinek o yaoi, gdzie społeczność miasteczka stara się wmówić Craigowi i Tweekowi homoseksualność.

Nowe sezony znacznie różnią się charakterem od początku serialu. Mają zdecydowanie więcej historii i wspólny wątek kontynuowany na przestrzeni kilku odcinków. Zamknięta forma poszczególnych rozdziałów podobała mi się bardziej. Zamierzam teraz lecieć chronologicznie i pomału obejrzeć wszystko, co platforma wrzuciła do oferty.

Wybrałem się w końcu na To: Rozdział 2, czyli zakończenie historii klubu frajerów. Film podobał mi się, ale nie za bardzo zrozumiałem jego koncepcję. W tym momencie czuję sprzeczność – z jednej strony ciesze się, że nie znam materiału źródłowego, a z drugiej chciałbym mieć jednak porównanie.

Minęło 27. lat, więc zgodnie z zapowiedzią Pennywise powraca i stara się dokończyć dzieło. Dorosłe już dzieciaki dotrzymują obietnicy i wracają do miejsca, gdzie wszystko się zaczęło. Tutaj zmierzą się nie tylko z szalonym klaunem, ale i przede wszystkim z własnymi traumami. Historia zdaje się zmierzać w jedynym możliwym kierunku, a jednak twórcy zaatakowali mnie z kompletnie innej strony i zaserwowali coś, czego w życiu bym się nie spodziewałem.

Filmu NIE DA SIĘ traktować jako czystego horror. Twórcy świadomie rozluźniają wszystkie sceny rzucając w widza gagami na niemalże każdym kroku. Edward znów mierzy się z trędowatym? Dodajmy w tle utwór „Angel of the Morning”, niech widzowie się śmieją! Nasze ofermy okazują się socjopatami potrafiącymi żartować w momencie mordowania człowieka, a ilość sucharów zawstydziłaby niejeden odcinek Familiady. Boże, gdy Bill wsiada i próbuje jeździć na rozpadającym się rowerze z dzieciństwa widz czuje już tylko żenadę z powodu kolejnych klisz. Klimat i styl filmu to po prostu poziom Deadpoola 2. Cholera, podobało mi się, bo takie tanie poczucie humoru najzwyczajniej w świecie do mnie trafia. Mimo wszystko oczekiwałem poważniejszego tonu i po wyjściu z sali kinowej nastąpiło zdezorientowanie.

Nie pomaga też gwiazdorska obsada, bo choć do gry McAvoya, Billa Hadera i Jamesa Ransone’a nie można mieć najmniejszych zastrzeżeń, to jednak dzieciaki spisały się w poprzedniku (i retrospekcjach) po prostu charyzmatyczniej. Dodam tylko, że strasznie spodobało mi się kino, w którym to (2) oglądałem. Niewielka sala z ledwie dwudziestoma miejscami i ekranem mniejszym o połowę niż zwykle. Bardzo kameralna i przyjemna atmosfera.

Parasite jest filmem, o którym wolałbym nic nie pisać, bo im mniej wiecie tym lepiej dla Was. Obejrzyjcie przy pierwszej nadarzającej się okazji i rozkoszujcie seansem, bo jest to jedna z najlepszych premier roku. Perełka prosto z Korei będąca groteskową mieszanką gatunkową. Świetnie zrealizowany, wciągający i w wielu momentach po prostu zaskakujący – o co przecież coraz trudniej w dobie współczesnego kina mainstreamowego. Nic więcej nie napiszę, bo szkoda psuć widowisko niepotrzebnymi szczegółami. Ja wyszedłem z kina zachwycony. Polecam cieplutko!

Drugi sezon Mindhunter za mną i mam mocno mieszane odczucia. Najciekawsze wątki dziejące się w tle nie zostały ruszone i w dalszym ciągu zapowiadają bombę, która dopiero wybuchnie. Mam tutaj na myśli dusiciela BTK. Jego sprawa szybko została zepchnięta na bok do formy krótkich scenek przed odcinkami. Rozmów z seryjnymi mordercami było zdecydowanie mniej, co mnie rozczarowało. Cały sezon zepchnął profilowanie na bok i skupił głównie na jego praktycznym zastosowaniu. Tematem głównym jest polowanie na nieuchwytnego mordercę czarnoskórych dzieci. Gdzieś z boku śledzimy lesbijski romans Wendy Carr, co znów nie wnosi do historii i jej charakteru absolutnie nic. Kobieta została niemalże odcięta od pracy w FBI. Większe znaczenie mają osobiste dramaty Billa, które rzutują nie tylko na jego życie prywatne, ale i coraz mocniej wpływają na przebieg pracy. Ostatecznie dochodzi do kulminacyjnego momentu pozostawiającego bohaterów i widza z gorzkim posmakiem porażki ubranej w iluzoryczny sukces. Zabieg podobał mi się, ale i jednocześnie pozostawił z ogromnym niedosytem. Czekam na kontynuację.

The Lure (Córki Dancingu – Boże, nienawidzę tego polskiego tytułu) od pierwszej zapowiedzi było na mojej liście obserwowanych. Potem z jakiegoś powodu zniknęło i o tym zapomniałem, aż film wylądował ostatnio na Netfliksie. Z miejsca zabrałem się za seans i tak jak zwykle nie gustuję w polskim kinie, tak to widowisko bardzo mi się spodobało.

Swego czasu zachwycałem się filmem o tytule „Człowiek z magicznym pudełkiem” – gdyby więcej polskich produkcji oferowało podobną konwencję i podejście do kinematografii, to na pewno chętniej bym po nie sięgał. Siłą obu polskich filmów jest ich nieszablonowość i wyjątkowe wyłamywanie się z utartych polskich ram.

Poznamy dosyć oszczędną w przekazie historię dwóch syren, które mieszkają pod dachem polskiej rodziny. Rybie damy zostają wkręcone w biznes muzyczny. Pracują w klubie ze striptizem, a w międzyczasie zajadają się ludzkim mięsem. Relacja bohaterek komplikuje się, gdy jedna z nich nieszczęśliwie zakochuje się w swoim księciu z bajki. Ot taka groteskowa wersja Małej Syrenki w polskich realiach. Podobało mi się, może i do zachwytów mi daleko, ale w dalszym ciągu polecam. Świetna praca kamery, kilka ślicznych ujęć i nieustannie towarzysząca nam enigmatyczna atmosfera.

Obejrzałem Climax, za które odpowiada Gaspar Noé – wiecie, ten głośny reżyser, który zasłynął między innymi sugestywną i długą sceną gwałtu na Monice Bellucci w filmie „Nieodwracalne”. Film na samym początku ostrzega nas, że bazuje na prawdziwej historii. Nie szukajcie jednak informacji na jej temat. Znajdziecie jedynie wzmiankę, w której autor zaznacza, że odciął się od wspomnianego wydarzenia, aby uniknąć kłopotów ze strony rodzin itd. Musimy więc wierzyć na słowo, że podobne zdarzenia rozegrały się w świecie rzeczywistym.

https://www.komitid.fr/wp-content/uploads/2018/09/climax-gaspar-noe-sofia-boutella.jpg

Seans rozpoczyna się od wywiadu z naszymi bohaterami. Każda uczestnik filmu mówi o sobie kilka faktów. Wiemy, że dla większości z nich taniec jest czymś ponad życie. Niektórzy z nich nie stronią od używek, bywają impulsywni i pełni wad. Żaden z nich nie sprawia wrażenia przykładnego członka społeczeństwa. Bliżej im do wykolejeńców z marginesu społecznego aniżeli elity. Nawet średnio spostrzegawcze osoby domyślą się, że zamknięcie takiej gromady w jednym budynku nie zwiastuje niczego dobrego.

Następnie akcja przenosi się do wnętrza obskurnej sali jakiegoś apartamentowca. Pocieszna grupa oddaje się euforii grupowego tańca, który przez większość czasu przypomina artystyczną orgię. Scena i ujęcia kamery są naprawdę świetnie zrealizowane, a w tle przygrywa klimatyczny kawałek elektroniczny. Trwa to dobre kilka minut i kręcone jest na jednym długim ujęciu. Kolejnym ogniwem historii jest wymiana zdań. Tutaj poznamy głęboki i skomplikowany charakter naszych bohaterów, którzy podejmują wyjątkowo ciekawe tematy rozmów. Dwaj czarnoskórzy prowadzą rozbudowaną dysputę na temat wkładania ku*asa w du*ę, która jeb*e g*wnem. Tak, to również trwa kilka minut i do niczego w zasadzie nie prowadzi.

Wracamy do tańca, ale okazuje się, że ktoś dosypał ostre piguły do ponczu. Rozpoczyna się awantura i szukanie winnego. Grupa znajduje kozła ofiarnego, którego wyrzuca za drzwi, aby zamarzł na mrozie. W tym momencie startuje ciężki narkotykowy zjazd i nieprzyjemny w odbiorze trip. Jego częścią będzie między innymi orgia na parkiecie, kazirodztwo, seks lesbijek, samookaleczenia, podpalenie żywcem koleżanki, improwizowany zabieg aborcji. Do tego całkowita znieczulica wszystkich uczestników, oraz samobójstwo matki, która doprowadza do śmierci dziecka. Dialogów już praktycznie nie usłyszymy. Druga połowa filmu zastępuje je histerycznymi krzykami i wrzaskami trwającymi dobrą godzinę. Kamera coraz bardziej szaleje, światła migają i BUM – wielki finał, napisy końcowe.

Film jest ciężki, trudny w odbiorze i wzbudza skrajnie nieprzyjemne odczucia. W prymitywny sposób odsłania wszelkie pierwotne instynkty i ludzkie wady. Pewnie, można się tu doszukiwać symboliki i krytykowania hedonizmu, czy morału „narkotyki są be!” – przynajmniej na takie interpretacje trafiałem. Możliwe, ze tak właśnie jest, a ja jestem po prostu za głupi, by pojąć te głębokie i artystyczne przesłanie. Wysiadam, nie mam ostatnio głowy na podobną twórczość.

Tyle w zasadzie ode mnie. Dzisiaj wybieram się na Jokera, o którym na pewno sporo się rozpiszę w kolejnej notce – wszak jest to dla mnie jedna z najważniejszych kinowych premier. W planach również wypad do kina na Ad Astra i dalsze trwonienie życia na popkulturę! Dajcie znać co u Was i podzielcie się tym w komentarzach!

10 odpowiedzi »

  1. Plan na najbliższy czas? Dokonanie niemożliwego – wbicie platyny w Catherine Full Body. Po przejściu 3 poziomów Babel (solo!) postanowiłem nie poddawać się i spróbować dokończyć to. Między innymi do tego celu zamówiłem drugiego pada, który ułatwi znacząco przejście ostatniego, najtrudniejszego poziomu. Dalej już tylko wszystkie zakończenia oraz wbicie złota na każdym etapie i poziomie trudności. Auć.

    O Astral Chain wspomniałem krótko już na twitterze i za cholerę nie mogę zrozumieć, jak niektórzy mogą brać ten tytuł, jako kandydata do goty xD Rozczarowanie roku to mało. Ostatni raz tak mocno byłem chyba zawiedziony przy trzeciej odsłonie Max Payne.
    W między czasie ogrywam Concrete Genie, a na horyzoncie już wyłania się zza grobu Medievil.

    • Nad Astral Chain to ludzie na tt się wręcz rozpływają, tak jakby tam nie wiadomo co w środku tej gry było. Ostatnio takie zachwyty widziałam nad Automatą, ale tu nie ma zupełnie porównania tych dwóch gier do siebie. No koszmar XD zastanawiam się czy tak samo by było GOTY, gdyby ta gra nie była tylko i wyłącznie na switcha.

    • Ostatni raz tak mocno byłem chyba zawiedziony przy trzeciej odsłonie Max Payne.

      „Zapowietrza się”

      Jak można szkalować najlepszą odsłonę Maksa, to ja nawet nie wiem!

  2. Weekend szybko minął, nawet do nie pamiętam.
    Gierkowanie, jak już się za nie zabieramy, to głównie Spyro i dążenie do platyny.
    W międzyczasie Borderlandsy 3 I Vampyr.
    Więcej czasu poświęcamy jednak na serial- Breaking Bad. Połowa 3 sezonu, i dopiero zaczyna się rozkręcać. Czy to serial nad seriale jak to wszyscy mówią? Nie dla mnie. Kilka niepotrzebnych, zapychajacych odcinków, nudnych przedłużających się wątków.
    Plan na najbliższy weekend. Wincyj Vampyra!

  3. Obecnie ogrywam sobie więcej małych popierdółek, niżeli pełnoprawnych gier. Mam teraz podejście do Deponii. Nie podoba mi się dubbing w tej grze, mam wrażenie że jest nagrany bardzo płasko, jakby im coś nie tak poszło przy jego procesie tworzenia. Poza tym gra jest całkiem przyjemna. Krótka, więc obecnie mi to na rękę przy dość intensywnym okresie (studia, sick!)

    A tak to… gram w fortnite. Ja wiem, żenada i idź się chowaj kobieto. No ale bardzo lubię, jeszcze jak gramy sobie z Liberem i robimy zadania to naprawdę przyjemnie się w to gra i śledzi zmiany jakie przechodzi ta pro… usługa (?) bo naprawdę trzeba przyznać Fortnite się bardzo rozwinął od czasów swojego początku. Szczególnie nowa aktualizacja w końcu zmieniła mapę! Tak więc kolejne godziny lecą mi na liczniku…

    • Obecnie ogrywam The Legend of Heroes: Cold Steel 3, kontynuację sagi na którą tak długą czekałem. Chociaż początek mnie zawiódł, to jednak każdą godziną jest coraz lepiej i coraz więcej się dzieje. Świetna plejada starych i nowych bohaterów ponownie daje radę, rozgrywka jest dłuższa i bardziej bogata w zadania poboczne minigierki. Mamy nawet grę karcianą pokroju Triple Triad z FFVIII. Tym razem dostaliśmy bardziej futurystyczny klimat gry, co wychodzi jej na dobre, posiadamy nawet własny będący szczytem techniki pociąg pancerny. Martwią jednak dwie rzeczy, by dobrze wciągnąć się w fabułę trzeba znać wydarzenia z Zero/Ao no Kiseki (Crossbell Arc), które nie ukazało się po angielski oraz właściwie niezmieniona grafika od 2013 roku. Owszem modele postaci są lepszej jakości, tu i ówdzie dodano więcej drzewek, ale to tylko kosmetyka. Mimo to wciąż to must have dla fanów jRPGów.

  4. W co ja gram? Łatwiej byłoby mi napisać w co nie gram. Rozgrzebałem za dużo gier, a nie mam czasu, by się na bieżąco z nich odkopać. Jak tak spojrzę na listę, to aż łapie się za głowę:

    Red Dead Redemption 2 (do skończenia + wideo na YT)
    Octopath Traveler (skończyć i wideo na YT)
    Driveclub (platyna)
    Star Wars Battlefront 2 (platyna)
    Dying Light (platyna)
    Warhammer Chaosbane (platyna)
    The Surge 2 (platyna)
    Spyro Reignited Trilogy (przejść na PC)
    Grim Dawn Ashes of Malmouth (do skończenia)
    Forza Horizon 4 (do skończenia)
    Darkest Dungeon (do przejścia od nowa)
    Monkey King Hero is Back (recenzja)
    EDF Iron Rain (recenzja na PC)

    Nie wiem, kiedy to pokończę. Jestem blisko platynę w Battlefroncie, bo brakuje mi 12 poziomów rangi. Gram w to tylko w środy, gdy jest podwójny exp. A go leci sporo w kooperacji (ponad 100 tysięcy da się na luzie wyciągnąć). Jeśli nie zdążę przed końcem miesiąca, to startuje event, gdzie każdego dnia będzie podwójny exp. Więc tu platyna wejdzie z marszu.

    W Warhammer Chaosbane wróciłem do platynowania, bo wydano po paru miesiącach aktualizację, przez co udało się wbić trudniejsze trofea. Zostało mi ukończenie gry pozostałymi trzema klasami postaci. Najłatwiejszy poziom i przekoksowanie przedmiotów da z 3-4h maks na kampanię postaci.

    The Surge 2 odłożę pewno na kiedyś tam. Singlowa gra, muszę w sumie przejść ją praktycznie drugi raz. No, może do połowy, bo trzeba bawić się z niektórymi zadaniami pobocznymi.

    Wróciłem do Darkest Dungeon. W sumie, zaczynając całość od nowa. Wpędziłem się w kozi róg w poprzedniej kampanii, a mam teraz wersję płytową z DLC, przez co da się lekko zcheesować grę, zbierając mnóstwo kasy na początku. Przez co później jej nam nie braknie na ulepszenia. Choć gra nadal jest cholernie trudna.

    O pozostałych grach nawet nie zaczynam. Gram od czasu do czasu w Forzę, ale jeżdżenie po mapie, by odpalić wyścig, mnie wkurza. Za to nie lubię openworldowych ścigałek.

  5. Trochę minęło od mojego ostatniego wpisu. Jako, że moje PS4 musiało pojechać do serwisu, to wróciłem przede wszystkim do zaległości z PS3.
    Splinter Cell Double Agent to na dobrą sprawę moja pierwsza styczność z tą serią. Sam Fisher po nieudanej misji zostaje tytułowym podwójnym agentem w organizacji terrorystycznej. Jest to ważny element gameplayu, gdyż wykonywanie danych celów w misjach zwiększa lub zmniejsza zaufanie zarówno terrorystów jak i NSA dla którego Sam pracuje. Całkowita utrata zaufania którejkolwiek ze stron kończy się porażką. Oczywiście jak na skradankę przystało, ciche podejście jest najlepsze. Główny zarzut mam trochę do samego strzelania. Jest bardzo sztywne a broń nie ma praktycznie żadnego odrzutu, ale mniemam że mogło to być odgórne założenie, żeby zniechęcać do częstych wymian ognia. Póki co jestem w połowie gry i powoli brnę dalej.

    Po paru latach wróciłem też Dark Souls 1, żeby dobić platynę. Nie ukrywam, że ten powrót był trochę ciężki po ograniu reszty serii głównie przez ślamazarność postaci, ale po przyzwyczajeniu się gram dalej. Obecnie udało mi się przejść Anor Londo i poszedłem również do Lost Izalith, gdzie męczę się z najgorzej zaprojektowanym bossem w tej serii-Bed of Chaos. Nie dość że podłoga cały czas się rozpada, to jeszcze boss tak macha łapami, że i tak zrzuca mnie w przepaść. Przy okazji nie leveluję postaci, żeby móc grać z tym noobem w postaci Lała w coopie i pomóc we wbiciu platyny o ile starczy mu cierpliwości.

    Postanowiłem sobie też wrócić do jednej z moich gier dzieciństwa-Need for Speed Hot Pursuit 2, czyli ostatniego klasycznego NFSa przed erą Undergrounda. Gra składa się z dwóch kampanii-jedna bardziej klasyczna składająca się z wyścigów, prób czasowych i eliminacji bez żadnych przeszkadzajek. W drugiej z nich poza powyższymi wyścigami utrudnieniem jest ruch uliczny oraz policja, która bardzo chętnie spycha z drogi i ogólnie nie daje żyć. Wzywają posiłki, wystawiają kolczatki i blokady drogowe oraz wzywają helikoptery, który rzucają na drogę….wybuchające beczki, z którymi spotkania kończą się wybiciem w powietrze i paroma dachowaniami. W ramach tej kampanii można też stanąć po drugiej stronie barykady i łapać piratów drogowych przez taranowanie ich. Pomimo 17 lat na karku dalej bardzo przyjemnie się w to gra a grafika o dziwo nie razi bardzo w oczy. Przy okazji mam wrażenie, że ta odsłona jest trochę zapomniana. Wszyscy wspominają o Most Wanted, Undergroundach czy Porsche 2000 a HP2 stoi gdzieś na uboczu. Obecnie skończyłem kampanię z tradycyjnymi wyścigami i jestem w połowie policyjnej.

    Swoją przygodę z serią Neptunia zacząłem Megatagmension Blanc + Neptune vs Zombies. Jest to musou z tradycyjną walką z hordami przeciwników. Fabuła jest pastiszem i parodią zarówno kina zombie klas wszelakich jak i Resident Evil czy House of the Dead. Ot przyjemny średniaczek w którym dobiłem też platynę, która wymagała niestety tony grindu, ale to tylko preludium….

    ….. do Hyperdimension Neptunia Rebirth 1! Jest to remake pierwszej odsłony z PS3 z mocno zmienioną rozgrywką i fabułą. Trwająca od setek lat Wojna Konsol nie przynosi zdecydowanego zwycięzcy. W trakcie jednej z walk Bogiń reprezentujących dane firmy (Sony, Nintendo, Sega i Xbox) Neptune zostaje pokonana i traci pamięć. Potem poznaje kolejne postacie i próbuje się dowiedzieć co tak naprawdę się dzieje. Gameplay jest standardowym turowym jrpgiem z możliwością poruszania się postacią po polu bitwy. Jedne ataki zadają mniej obrażeń ale szybciej redukują pasek wytrzymałości wroga, który po opróżnieniu niczym w Final Fantasy XIII ma mniejszą odporność na ataki. Ale nie dla gameplayu się gra w tą serię, ale dla dialogów. Zabawnych, absurdalnych, szydzących z branży growej i otaku kultury oraz ciągle łamiących czwartą ścianę. Oczywiście jest też mnóstwo nawiązań do gier takich jak Soul Calibur, Tekken, Stein; Gate i wielu wielu innych. Obecnie odbiłem się od 4 bossa w grze, więc grinduje postacie, żeby jakoś przejść dalej. Ot taki przyjemny średniaczek na wyluzowanie się przed snem.

    Filmy/anime:
    Przeglądając netflixową ofertę postanowiłem obejrzeć Johna Wicka. Tytułowemu bohaterowi syn jakiegoś mafioza kradnie samochód i zabija psa, którego dostał od zmarłej żony. Niezadowolony z tego stanu rzeczy wypowiada mafii wojnę. Świetny film akcji z bardzo dobrą choreografią walk. Co ciekawe Keanu w trakcie kręcenia filmu szkolił się z profesjonalnymi instruktorami sztuk walki oraz obsługi broni palnej. Na pewno nie omieszkam obejrzeć następnych części w bliższej przyszłości.

    Obejrzałem też 2 sezony Gunslinger Girl. Akcja dzieje się w alternatywnej wersji Włoch, gdzie rząd walczy z organizacjami terrorystycznymi. Zakłada on tajną jednostkę, której działania opierają się na używaniu w walce małych dziewczynek znalezionych na skraju śmierci i zamienionych w cyborgi silniejsze i bardziej zabójcze od ludzi. Poza samymi strzelaninami jest dużo momentów spokojniejszych. M.in. relacje dziewczyn z ich opiekunami, problemy z dojrzewaniem, moralne rozsterki. Akcja jest też pokazywana od strony terrorystów. Co ich napędza, jakie mają cele. Ogólnie anime to dołącza do grona jednych z moich ulubionych jakie oglądałem. Szkoda jedynie, że anime kończy się w połowie mangi, więc w wolnej chwili będę musiał się za nią zabrać, żeby poznać dalsze wydarzenia.

    W planach dalsze ogrywanie powyższych gier.

Skomentuj

Proszę zalogować się jedną z tych metod aby dodawać swoje komentarze:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s