Gry

Kill the Game #5 – W co gracie?

Cześć i czołem! Weekend co prawda minął, ale taki już los człowieka, który pracuje do późna nawet wtedy, gdy inni mają wolne. Zacznę krótko od trofeowego raportu – „road to 200.” Od ostatniego czasu słabo, nawet bardzo. Ledwie dwie platyny. Nadmienię jednak, że w bardzo dobrych grach! Cel już na wyciągnięcie ręki i pewnie do kolejnej notki zostanie przekroczony.

Puchar #197 – Concrete Genie

Ach! Jakże to było piękne przeżycie! Jedno z najmilszych zaskoczeń roku! PixelOpus zaserwowało audiowizualny majstersztyk na PS4. Gnębiony przez lokalne dzieciaki Ash zostaje wsadzony do kolejki liniowej, która zabiera go do nawiedzonej latarni. Tam trafia na przyjaznego Dżina o imieniu Luna. Chłopak ma talent artystyczny i smykałkę do rysunków, więc istota uczy go paru ciekawych sztuczek. Ash staje się posiadaczem magicznego pędzla, którym dosłownie ożywia scenerie i inne przyjazne Dżiny. Stając się posiadaczem nowych mocy wyrusza do smutnego miasta Denska, aby przywrócić mu dawny blask i kolor.

Concrete Genie od razu wyróżnia się stylizowaną warstwą graficzną przywodzącą na myśl filmowe, poklatkowe animacje studia Laika (Kubo i Dwie Struny, Koralina, czy ParaNorman). W efekcie otrzymujemy klimatyczny spektakl z równie piękną ścieżką dźwiękową dopełniającą artystycznego zacięcia gry. Rozgrywka? Prosta platformówka z niewymagającymi zagadkami logicznym w półotwartym środowisku i z filmową narracją. Bardzo melancholijna i relaksująca gra, która przez siedem godzin zapewnia sporo zabawy. Polecam gorąco – wspierajcie takie perełki. Zwłaszcza, że cena mocno kusi i w pudełku wyrwiecie ją za około 100 zł. Między innymi za takie produkcje w portfolio PlayStation uwielbiam konsole Japończyków.

Platyna #198 – Blood & Truth, czyli John Wick w VR.

Jezu, ale ja uwielbiam tę grę! Jedno z najlepszych doświadczeń w VR. Nieziemsko intensywny i efekciarski shooter, który niejednokrotnie zostawił mnie z rozdziawioną szczęką. Wspaniała produkcja zrobiona z istną pompą, której nie poskąpiono budżetu. Zdecydowanie szczytowe osiągnięcie w kwestii rail shooterów. Na stronie znajduje się moja recenzja, więc jak chcecie poczytać więcej, to zapraszam do tekstu. Dodam tylko, że w kwestii strzelania z Blood & Truth może konkurować tylko VRowy SuperHot. Czołówka roku i tytuł, przez który powinniście rozważyć zainwestowanie w PSVR.

Poza platynowaniem najwięcej czasu spędziłem w Borderlands 3 – nigdy nie byłem fanem serii. Jedynka w sumie mocno mnie rozczarowała, bo na papierze wyglądała, jak coś, co skradnie moje serce. Szalony, często klozetowy, czarny humor, rozgrywka inspirowana Diablo i nastawiona na pozyskiwanie coraz to cenniejszego lootu, split-screen dla czterech graczy i angażująca kooperacja. Do tego świetna kreska i klimat post-apo – no kurde, to nie miało prawa mi się nie spodobać, a jednak! Dobra, minęły lata, dwójka mojego nastawienia nie zmieniła, a Tales from the Borderlands utwierdziło mnie, że to uniwersum po prostu na mnie nie działa.

Teraz zabrałem się za debiutującą ostatnio trójkę i… coś zaiskrzyło. Nie mam pojęcia co, bo rozgrywka to w sumie odcinanie kuponów od sprawdzonego schematu. Mamy do czynienia z bezpieczną ewolucją lubianego przez fanów schematu. Strzela mi się jednak bardzo przyjemnie. Postać FL4Ka rozwala mnie co rusz tekstami i głosem ProZDa (którego potwornie lubię i cenię!). Do tego podobają mi się lokacje – wiele z nich jest prześliczna, chociaż bagienna dżungla mocno mnie męczyła. Wydaje mi się, że jest zdecydowanie bardziej różnorodnie niż w poprzednikach.

Nie mam pojęcia o co chodzi w fabule, bo rozgrywka w serii jest tak skonstruowana, że trudno się ją śledzi grając z kimś w co-opie. Wiem, że głównymi przeciwnikami są bliźniaki Calypso i… o Boże, wyobraźcie sobie krzyżówkę Piper Blush z PewDiePie – tak właśnie zachowują się i piszczą nasi przeciwnicy, co rusz dzwoniąc do nas przez radio. Tak irytującego duetu nie spotkałem chyba nigdy. LAJKUJ, OBSERWUJ i BĄDŹ POSŁUSZNY. Totalnie przerysowani i szaleni psycho-socjal pseudocelebryci, których samo istnienie doprowadza do białej gorączki. Ugh, tacy mieli być i to „działa”, bo autentycznie mamy ochotę ich ukatrupić. Nie zmienia to faktu, że rzyg.

Trudno mi uwierzyć, że kolejna gra, za którą się zabrałem, jest już pełnoletnia. Pierwsze Devil May Cry zdefiniowało na nowo gatunek gier akcji, czy też Hack & Slashy (u nas zregionalizowanych jako Slashery). Premiera to był istny sierpowy dla wszystkich graczy, do których ówcześnie nie dotarło jeszcze, że właśnie nastąpiła nowa generacja konsol. Tytuł wyglądał olśniewająco prezentując przepiękne lokacje, niesamowitą jakość dynamicznych cieni i animacji ruchów przy zabójczo intensywnej akcji. To była po prostu petarda nie z tej ziemi, a wszystko to od legendarnego Hideki Kamiyi.

Pierwsze Devil May Cry zrodziło się z serii Resident Evil i mocno to czuć. Podobna konstrukcja eksploracji, to samo ujęcie kamery i podejście do zagadek (chociaż tutaj zeszły one na dalszy plan). Zresztą co się dziwić – początkowo przygody Dantego miały być właśnie czwartą odsłoną kultowej serii o zombiakach. Na etapie produkcyjnym okazało się jednak, że z powodu dziwnego błędu postrzeleni przeciwnicy wylatują wysoko w powietrze. Pomysł spodobało się na tyle, ze postanowiono wykorzystać go jako element rozgrywki i żonglowanie przeciwnikiem stało się ficzerem. Projekt zaczął tak mocno różnić się od macierzystej serii, że przemieniono go w zupełnie osobne uniwersum.

Sprawiło to, że Devil May Cry stworzyło po prostu nowy gatunek i wyznaczyło standardy stosowane często po dziś. Tytuł urzekał gotyckim klimatem, świetnym systemem walki i powołał do życia jedną z najbardziej kultowych postaci branży gier. Ubrany w charyzmatyczny czerwony płaszcz, uzbrojony w dwa pistolety i potężny miecz Dante to już ikona sama w sobie. Pierwsze przygody białowłosego łowcy demonów diametralnie różnią się klimatem od następców. Pierwsza przygoda pyskatego awanturnika to przede wszystkim gotycki klimat quasi-horroru. Mogę z czystym sumieniem stwierdzi, że te elementy przeżyły próbę czasu. Rozgrywka kuleje głównie w elementach platformowych, cała reszta? Dalej mnie kręci, ale ja akurat nie mam problemu z archaizmami.

Moja opinia nie będzie przesadnie oryginalna, bo o tym filmie napisano już chyba wszystko, co miało zostać napisane. Jokera w reżyserii Todda Philipsa uważam za arcydzieło i niesamowitą popisówę w wykonaniu Joaquina Phoenixa. Gdy jeden z najdziwniejszych aktorów Hollywood bierze się za odgrywanie roli jednego z najbardziej charyzmatycznych i szalonych antagonistów uniwersum DC to, niezależnie od jakości filmu, efekt końcowy musi być po prostu zapadający w pamięć. Tak właśnie jest w tym wypadku.

Joker zachwycił mnie na wielu płaszczyznach. Bohaterem filmu jest nie tylko Arthur Fleck, czyli tytułowy złoczyńca, ale i samo miasto Gotham. Miasto, którego wszystkie najgorsze cechy eksponowane są przez śliczne kadry i potęgowane wspaniałą ścieżką dźwiękową. Pod względem audiowizualnym seans po prostu hipnotyzuje ukazując co rusz obskurne oblicza Gotham, czy mieszkanie Arthura. Śliczne na swój dołujący sposób kadry i pięknie dopasowana, klimatyczna muzyka tworzą wspólnie niezwykle sugestywną kompozycję. Pieczołowicie wykonany film, który pomimo ponurej atmosfery jest wyjątkowo przyjemny dla oka.

Joker w pięknym stylu ukazuje człowieka wycieńczonego przez społeczeństwo. Niespełnionego komika, któremu życie rzuca kłody pod nogi. Na każdym kroku bohater spotyka się z niezrozumieniem, brakiem empatii i złośliwością obcych mu ludzi. Patrzy na świat niewinnym, dosyć dziecinnym i naiwnym spojrzeniem, co rusz jest przez to raniony. Jest człowiekiem z zaburzeniami i urojeniami, a do tego ma niezwykły problem z wpasowaniem się w otaczającą go rzeczywistość, której nie potrafi do końca zrozumieć. Silnie odczuwa również rozwarstwienie społeczeństwa, gdzie biedni żyją na marginesie – ludzi z Gotham bardziej poruszają plotki na temat celebrytów niż śmierć szarego człowieka, co zresztą nie odbiega w większym stopniu od naszej rzeczywistości. Joker słusznie zauważa, że większość mieszkańców nie spojrzałoby na niego wzrokiem, gdyby konał na ulicy. Jest dla nich niewidomy i niemy – chyba, że potrzeba kogoś do wyśmiania i celu okrutnej szydery.

To również film niezwykle inteligenty i choć część wartości to może faktycznie banał, ale ich przekaz bardzo do mnie trafił. Niezwykle spodobało mi się kilka cytatów, a w szczególności te dwa poniżej:

„Mam nadzieję, że moja śmierć będzie miała więcej sensu niż życie” (zastosowano tutaj grę słowną z angielskim słowem Cents – o tym cytacie można się zresztą sporo rozpisać, bo w fajny sposób dorobiono do niego „drugie dno” i jest jedną z najważniejszych kwestii w całej kreacji głównego bohatera, a także przechodzącej przez niego metamorfozy w Jokera)

„Problemem ludzi z chorobą psychiczną jest to, że inni oczekują od nich tego, aby zachowywali się tak, jakby jej nie posiadali”.

Cierpiący na przypadłość neurologiczną, która skutkuje niekontrolowanymi napadami śmiechu, Arthur kroczy powoli ścieżką stopniowo pochłaniającego szaleństwa. Towarzyszenie mu w tej drodze jest najzwyczajniej w świecie ujmujące. Film podobał mi się w każdym najmniejszym calu, a Joaquin Phoenix przeszedł samego siebie. Ustawił tym samym niesamowicie wysoko poprzeczkę dla każdego kolejnego aktora próbującego wcielić się w postać Jokera. Obok Parasite zdecydowanie mój najlepszy film roku i na pewno obejrzę go jeszcze wielokrotnie.

Let The Right One In (Pozwól mi wejść) – szwedzki, kameralny horror o gnębionym w szkole chłopaku. Dzieciak jest wyrzutkiem i ma dziwne upodobania, co wcale nie pomaga mu się zaaklimatyzować. Przełom w jego życiu następuje w chwili, gdy na osiedle przeprowadza się nowa dziewczynka. Ta również trzyma się na uboczu i los sprawia, że powstaje między nimi przyjacielska relacja, stopniowo przeradzająca w coraz głębsze uczucie. W tym samym czasie lokalna społeczność zostaje wzburzona przez tajemnicze zbrodnie, gdzie młode osoby zostają mordowane, a z ich zwłok spuszczana jest krew. Okazuje się, że dziewczyna jest wampirem i chcąc nie chcąc – musi w jakiś sposób pozyskiwać pokarm.

Świetne spojrzenie na tematykę tych ikonicznych istot. Let the Right One In urzeka surowym klimatem (KLIMATEM, bo to trzeba mocno zaznaczyć). Wraz z rozwojem relacji głównych bohaterów jesteśmy świadkami ich przemiany. Dziewczyna uczy chłopaka zaradności i tego, by nie dawał sobą pomiatać – każe mu przemienić się z ofiary w drapieżnika, bo w innym wypadku nie zazna nigdy spokoju. Główny bohater uczy z kolei wampira ludzkich emocji, otwiera jej serce i pokazuje, że pomimo swej wynaturzonej osoby nie musi być skazana na samotność – chociażby z tego względu, że pomimo wrażliwości, on również jest popaprany i nie pasuje w żaden sposób do otaczającej go społeczności. Jednocześnie sytuacja wali się coraz bardziej i zdobywanie życiodajnej krwi zaczyna przyciągać niepotrzebną uwagę. Od samego początku czekamy na moment kulminacyjny, którego pojawienie to tylko kwestia czasu.

Naprawdę bardzo miło się zaskoczyłem i żałuję, że zapoznałem się z tym dopiero teraz. Przede mną jeszcze amerykańska adaptacja, ale szczerze – nie jestem do niej przekonany i nie wiem, czy w ogóle się za nią zabierać. Piękny film, nawet nie wiedziałem jak bardzo brakowało mi wampirów w moim życiu!

Tyle ode mnie. W planach kończenie kolejnych odsłon Devil May Cry i pewnie następne przejście V, bo to zdecydowanie moja ulubiona gra ostatnich lat i nie mogę jej wyrzucić z głowy. Przy okazji wykonuję eventy, aby zdobyć strój Lady w Street Fighter V, a gdy nie mam więcej czasu na siedzenie przed konsolą odpalam po kilka sieciowych walk w Dragon Ball FighterZ. Czekam również na remake MediEvil, który razem ze steelbookiem leci już do mnie z UK

Zostawiam Was z komentarzami i Gorillaz – elo melo!

Tranz

On Melancholy Hill

4 odpowiedzi »

  1. W weekend wbiłem platynkę w MediEvil. Nostalgia uderzyła mnie mocniej niż się tego spodziewałem i pomimo problemów z płynnością na PS4 Pro, nie zawiodłem się tym rimejkiem. Nie jest on najwyższej jakości i można rzec ,że MediEvil zasługuje na więcej, ale wychodzę z założenia, że „lepszy rydz niż nic” i cieszę się, że mogłem zagrać w odświeżoną wersję tej kultowej produkcji. Aktualnie powolutku kończę remaster killer7 na pc, który kolejny raz udowadnia, że gry cel-shadingowe, świetnie się starzeją. Rozdzielczość 4K sprawia, że artystyczna oprawa ciągle potrafi zachwycić. Jeśli jeszcze nie graliście to, gorąco polecam. Pomimo, kilku drobnych problemów, to ciągle jedna z najbardziej szalonych i unikatowych produkcji na rynku. Jutro zaczynam kolejne przejście Yakuzy 4, tym razem w wersji HD na PS4. Na horyzoncie majaczy już Control, które zakupiłem ostatnio na przecenie. Jednak na ten moment musi uznać wyższość smoka Dojimy i ferajny Smithów. Jak widać nawet gra zatytułowana Control, nie jest w stanie zapanować nad moim backlogiem!

  2. Mnie zabija i zabijać będzie to jak wygląda i działa Borderlands 3 na split screenie. No dobrze, wyglądać może jeszcze jakoś wygląda, ale działa bardzo źle. Gra dostaje udaru jak którykolwiek z graczy otworzy menu, więc dodawanie umiejętności, czy przeglądanie eq tylko po wcześniejszym ustaleniu, że można. Szkoda, że tego nie dopracowali. Mimo wszystko bawię się bardzo dobrze i nadal zachwycam się jak dziecko jak pojawiają się kolejne znane mi postacie na ekranie.

  3. Uporałem się w końcu z cycatą Valkyrią. Wrażenia chyba podobne do tych jakie miałeś z Astral Chain czyli średnio na jeża.
    Jak tylko zabrałem się za One Night Stand to zostałem przyłapany przez Olsona ;)
    Teraz sprawdzam najnowszego Gunvolta na PS4 i jak na takiego małego średniaka nie jest źle, ale wiadomo takiemu Mega Manowi nie podskoczy.

Skomentuj

Proszę zalogować się jedną z tych metod aby dodawać swoje komentarze:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s